Dodane przez moderator on May 04, 2015

Gdyby Artur Boruc nie istniał - należałoby go wymyślić. By dawać przykład kibicom, że da się wyjść praktycznie z każdego życiowego zakrętu Kiedy Artur Boruc odchodził do prowincjonalnego Bournemouth, wydawało się, że wpadł jak śliwka w kompot. To miał być początek końca jego kariery sportowej. Po raz kolejny udowodnił, że pogłoski o jego śmierci były mocno przesadzone.

Lato 2014 roku. Ronald Koeman zostaje nowym szkoleniowcem Southampton. Holender nie miał łatwego zadania, bo musiał wejść w buty Mauricio Pochettino, który miał Boruca za jednego ze swoich ulubieńców. Koeman nie tracił czasu i od początku swojej przygody na St. Marys Stadium dokonał kilku ważnych zmian. Z Celticu Glasgow za 14 milionów funtów został ściągnięty Ben Foster. Nowy menedżer Southamptonu jasno uświadomił Boruca, że ten będzie musiał pogodzić się z rolą drugiego lub trzeciego bramkarza. Boruc i Foster grali dla Koeamana w zupełnie innej bramkarskiej lidze. Dla Holendra Boruc nie istniał. Nie dość, że Polak stracił miejsce w pierwszym składzie, to jeszcze wyleciał nawet z ławki rezerwowych. Nagle z podstawowego golkipera stał się golkiperem numer trzy. Postanowił więc zrobić krok wstecz.

Do Bournemouth przeniósł się na zasadzie wypożyczenia. Kontrakt podpisał 19 września, a w nowej drużynie zadebiutował już po 24 godzinach. Z miejsca stał się czołową postacią swojego nowego zespołu. To był czas, kiedy jeszcze nikt w klubie nawet nie śnił o Premier League. Przed przenosinami Boruca do Bournemouth klub nie miał dobrego bilansu. Dwa zwycięstwa, dwa remisy i trzy porażki. Osiem punktów w siedmiu kolejkach. Teraz mieszkańcy miasta z hrabstwa Dorset cieszą się z historycznego awansu swoich pupili do angielskiej elity. - Nie spodziewałem się tego, kiedy podpisałem kontrakt, ale gdy tylko tu przyszedłem, zobaczyłem grupę chłopaków, którzy naprawdę ciężko pracują i dla których liczy się tylko piłka. Oni wiedzieli, co chcieli osiągnąć. Po kilku meczach zdałem sobie sprawę z tego, że możemy tego dokonać i wierzyliśmy w to - powiedział Boruc oficjalnej stronie klubu. Wszyscy na Dean Court pragną, by został. - Chodzi o coś więcej niż klub. Chodzi o to, jak bardzo mnie tu chcieli. Zobaczymy, co się wydarzy w następnych tygodniach, ale mam nadzieję, że zostanę w drużynie - dodaje polski bramkarz.

Boruca w Bournemouth pokochali prawie tak mocno jak w Glasgow. Tam na dobrą sprawę zaczął się prawdziwy kult Artura Boruca. Lipiec 2005 roku. Wysłannicy Celticu Glasgow przyjeżdżają do Polski, aby sfinalizować z Wisłą Kraków transfer Macieja Żurawskiego, który był wtedy gwiazdą naszej ligi. Ale do Szkocji wrócili z podwójnym łupem - oprócz Żurawskiego zabrali jeszcze bramkarza Legii, który zrobił na nich na tyle dobre wrażenie, że postanowili dać mu szansę i pozyskać go na zasadzie wypożyczenia. Polak zaczął jako zmiennik Davida Marschalla, ale szybko okazało się, że jest za dobry, aby pełnić tylko rolę rezerwowego. To była kwestia czasu, kiedy Artur Boruc zostanie ulubieńcem kibiców na Celtic Park.

Gdyby Artur Boruc nie istniał - należałoby go wymyślić. By dawać przykład kibicom, że da się wyjść praktycznie z każdego życiowego zakrętu Fani kochali go za fantastyczne interwencje i nieustanne manifestowanie swojej przynależności klubowej. Uwielbiał prowokować sympatyków lokalnego rywala - protestanckich Rangersów. Fanów z niebieskiej części Glasgow podżegał przy każdej nadarzającej się okazji, czym skradł serca własnych kibiców. Historycznym obrazkiem jednego z Old Firm Derby była koszulka Boruca z angielskim hasłem "God bless pope", w której paradował na murawie tuż po ostatnim gwizdku sędziego. Hołd oddany Janowi Pawłowi II tylko rozwścieczył kibiców Rangers. W pięć lat stał się niemal legendą najbardziej utytułowanego szkockiego klubu. Doszło do takiej sytuacji, że to Boruc decydował, kiedy przyjdzie na treningi, i jeśli wierzyć opowieściom, do ośrodka Celticu kwapił się maksymalnie dwa razy w tygodniu, przez co przybyło mu parę kilogramów. Jak oddany Celticowi był Boruc, pokazywały mecze o wysoką stawkę. Eliminacje Ligi Mistrzów i mecz ze Spartakiem Moskwa. Obrońca "The Boys" Lee Naylor odpuszcza prostą do przechwycenia piłkę, prokurując rzut rożny dla rywali. Nie przejmując się stadionem pełnym kibiców Polak zaczął... dusić swojego obrońcę. - Myślałem, że już po mnie. Wiem, że popełniłem błąd, ale furia w oczach Artura była paraliżująca - powiedział o całym zdarzeniu były piłkarz Celticu. Artur zawsze musiał być szefem we własnym polu karnym.

Podobnie wyglądała jego kariera we włoskiej Fiorentinie, gdzie trafił po krótkim okresie bez klubu i z jeszcze większym brzuchem. Jako drugi bramkarz miał jedynie zadbać o przedmeczową rozgrzewkę Sébastiena Freya, któremu miejscowi kibice chcieli już budować pomnik. Polak niesamowicie schudł, niespodziewanie wskoczył do bramki, a Francuz niedługo potem musiał wyprowadzić się z Florencji, ponieważ nie mógł pogodzić się z przegraną rywalizacją. Nie miał w zwyczaju stronić od używek i otwarcie to przyznawał. Zapytany w jednym z wywiadów, czy palenie papierosów wpływa na jego kondycję, odpowiedział, że pewnie tak, ale na razie mu to nie przeszkadza. Polak, który w kapitalny sposób zaprezentował się na Euro 2008, nie miał zamiaru się przejmować pozaboiskowymi wybrykami. Latem 2008 roku we Lwowie po towarzyskim meczu reprezentacji Polski z Ukrainą, razem z Dariuszem Dudką i Radosławem Majewskim postanowił odreagować po przegranym spotkaniu. Cała trójka wtedy mocno przesadziła z alkoholem i nawet Leo Beenhakker, który widział w życiu wiele, był w ciężkim szoku, patrząc na zdemolowany pokój. Tym samym bramkarz załatwił sobie wolne od inauguracyjnego meczu el. MŚ ze Słowenią.

Tych sportowych upadków było sporo. Belfast, marzec 2009. Po lekkim podaniu Michała Żewłakowa Boruc nie trafia w piłkę, która wpada do siatki. Kompromitujący samobój. Przegrywamy z Irlandią Płn 2:3, a Artur broni fatalnie. To niejedyne słynne kiksy w karierze Polaka. W meczu Southampton ze Stoke bramkarz rywali strzela mu gola z własnego pola karnego. Do legendy przejdzie też jego kiwka z Olivierem Giroud, po której Francuz odebrał mu piłkę i strzelił gola. - To trener Smuda ma jakiś problem. Nie sądzę, bym przesadził wtedy z alkoholem, poza tym byłem już po pracy - tak Artur Boruc skomentował "aferę samolotową". Franciszek Smuda twierdził, że wracając ze zgrupowania w USA, Boruc razem z Michałem Żewłakowem wypili kilka kieliszków wina i lekko wcięci zachowywali się głośno i nie tak, jak powinno się wymagać od reprezentanta Polski. Boruc stracił więc turniej, o jakim wielu mogło tylko pomarzyć - mistrzostwa Europy rozgrywane we własnym kraju. Rozżalony bramkarz nie mógł darować selekcjonerowi, że ten go skreślił. Smudę nazwał trenerskim Dyzmą.

Wracamy do punktu wyjścia. Po mistrzostwach Europy, w których nie wziął udziału, były bramkarz Legii potrzebował zmian. Gdy opuścił Florencję, długo pozostawał bez klubu.Pomocną dłoń wyciągnęła do niego Legia, z którą trenował pod okiem polskiego eskperta bramkarskiego Krzysztofa Dowhania. We wrześniu 2012 roku po bezrobotnego Boruca zgłosił się Southampton, który szukał drugiego bramkarza. Początki w Premier League nie należały do najłatwiejszych. Brakowało mu zaufania kibiców, trenera i sam nie prezentował się najlepiej. Wyraz frustracji dał w meczu z Tottenhamem. Southampton przegrał 1:2, a w czasie meczu fani znajdujący się za bramką Boruca głośno wyrażali swoje niezadowolenie z postawy Polaka. Boruc najpierw odpowiedział przekleństwami, lecz później stracił kontrolę nad sobą i rzucił butelką pełną wody w jeden z sektorów. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale cała sytuacja odbiła się w Wielkiej Brytanii szerokim echem. Mimo wszystko Boruc nie został ukarany. Bramkarz kilka miesięcy później w swoim stylu podsumował całe zajście mówiąc: nie żałuję tego, co zrobiłem.

 

Dalszy ciąg artykułu: http://www.polskatimes.pl/artykul/3847297,artur-boruc-to-przyklad-bramka...

 

Źródło: polskatimes.pl/m.skiba

Kategorie: