Dodane przez moderator on March 04, 2015
- Rok temu w Śląsku byłem niepotrzebnym, czwartym bramkarzem, bez szans na grę. Teraz w Monachium zagram przeciwko Bayernowi, jednemu z najlepszych klubów świata. Moja piłkarska bajka trwa - mówi Rafał Gikiewicz, zawodnik Eintrachtu Brunszwik. Relacja na żywo z meczu jego drużyny z Bayernem Monachium w 1/8 Pucharu Niemiec w środę od 20.30 w Sport.pl.

Dariusz Łuciów: Gdyby ktoś rok temu powiedział, że zagra pan na Allianz Arenie w Monachium przeciwko wielkiemu Bayernowi Pepa Guardioli, to uznałby go pan za...?

Rafał Gikiewicz: Za szaleńca. Byłem wówczas czwartym albo nawet piątym bramkarzem w Śląsku, bez żadnych szans na grę. Kontrakt rozwiązałem w kwietniu i liczyłem się z tym, że przez kilka miesięcy będę bez klubu, bez szans na regularną grę. Wiedziałem jednak, że mój czas we Wrocławiu dobiegł końca. Ryzyko się opłaciło, bo chwilę później zgłosił się po mnie Eintracht Brunszwik i ta bajka trwa.

Rok temu został pan odsunięty od pierwszego zespołu Śląska i trenował z trzecioligowymi rezerwami. Los bywa przewrotny, teraz w Pucharze Niemiec wystąpi pan przeciwko jednej z najlepszych drużyn na świecie.

- Czy zagram, tego jeszcze nie wiadomo? Mam nadzieję, że trener nie będzie za bardzo rotował składem i dostanę swoją szansę w Monachium. To byłaby wielka sprawa zagrać przeciwko tak świetnym zawodnikom jak Arjen Robben czy Franck Ribery. Do tej pory mogłem oglądać ich jedynie w telewizji. Na Allianz Arenie zasiądzie komplet 75 tys. widzów. Przed tak liczną publicznością jeszcze nie grałem. Ten mecz to dla mnie taki mały finał Ligi Mistrzów. Na trybunach będą moja żona, syn, rodzice i znajomi. Nie wyobrażam sobie, żeby nie zobaczyli takiego wydarzenia. Jednak oni do Monachium jadą na wycieczkę, a ja do pracy. I choć to bardzo ładne miasto, to nie zamieniłbym się z nimi za nic w świecie. Mam nadzieję, że w środowy wieczór ich nie zawiodę i będą ze mnie dumni. W Polsce już wygrałem Puchar Polski, dlaczego mam nie marzyć o powtórce w Niemczech?

Śnią się panu po nocach: Robben, Ribery, Lewandowski i Muller? To czołowi napastnicy świata, dzięki którym w środę wieczorem będzie pan najprawdopodobniej najbardziej zapracowaną osobą. Przynajmniej w Monachium.

- Zdaję sobie sprawę, że czeka mnie dużo pracy. Podobnie było kiedy grałem ze Śląskiem z Club Brugge i Sewillą w europejskich pucharach. Wiele będzie zależało od pierwszych interwencji. Jeżeli będą udane, to złapię odpowiedni rytm i nabiorę pewności siebie. W jednym z tych spotkań na początku obroniłem sytuację sam na sam i później grało mi się już dużo łatwiej. Wiem, że jeśli zagram, to na moich barkach spoczywać będzie jeszcze większa odpowiedzialność niż zwykle, ale w pojedynkę meczu nie wygram. Wszyscy w klubie żyją już meczem z Bayernem, chociaż dla nas priorytetem jest dobry wynik w 2. Bundeslidze i awans. W Niemczech krajowy puchar traktuje się niezwykle prestiżowo, za awanse do kolejnych rund płaci się duże pieniądze. Nie ma kalkulowania i trenerzy wystawiają najmocniejsze składy. O tym, że nie jest łatwo, przekonałem się na własnej skórze. W pierwszej i drugiej rundzie trafiliśmy na zespoły z piątej i czwartej ligi. Były to niezwykle trudne spotkania, oba wygrane minimalnie po 1:0.

Z Bayernem jesteście skazani pożarcie?

- Bayern nie wystawi na nas młodzieżowego składu. Kto by u nich nie zagrał, będzie ciężko. Pep Guardiola może skompletować dwie jedenastki, które walczyłyby o mistrzostwo Niemiec. O sile monachijczyków najlepiej świadczy to, że na ich ławce rezerwowych ostatnio czasami siedzi Franck Ribery. Co prawda nam w tej rundzie nie wiedzie się najlepiej, bo w czterech meczach zdobyliśmy zaledwie jeden punkt, ale nie jedziemy na Allianz Arenę po najmniejszy wymiar kary. Na pewno nie wypada przegrać 0:8. Jedziemy walczyć.

Po drugiej stronie w stanie Manuel Neuer. Pana w Brunszwiku nazywają "polskim Neuerem". Przypadek?

- Neuer wyznacza teraz światowe, bramkarskie trendy. Takie porównania na pewno są budujące, ale nie przywiązuję do tego większej wagi. Nigdy nie będę Neuerem. Bardziej ekscytuje mnie to, co między słupkami robi David de Gea z Manchesteru United. Podejrzewam, że porównania do Neuera wzięły się z tego, że dużo biegam i często gram daleko od bramki, asekurując obrońców. W niedawnym meczu z VfL Bochum przebiegłem 6,6 km, o kilometr więcej od bramkarza rywali. W Niemczech poprawiłem grę nogami i wyprowadzanie piłki, ale właśnie po to tutaj trafiłem, żeby podnosić umiejętności.

Kiedyś Polakowi udało się zatrzymać Bayern. 15 lat temu wyeliminował ich czwartoligowy Magdeburg z Mirosławem Dreszerem w bramce.

- Coś kojarzę, ale pana Dreszera lepiej zna mój brat, który pracował z nim w Polonii Bytom. Chciałbym, żeby historia znów zatoczyła koło i Polak zatrzymał Bayern. Nie składam żadnych buńczucznych deklaracji, bo zaraz powiedzą, że Gikiewicz buja w obłokach, ale liczę na dobre spotkanie. O skali trudności, jaka nas czeka, najlepiej świadczy niedawne spotkanie Bayernu z HSV Hamburg, które Bawarczycy wygrali aż 8:0.

Gdyby Śląsk z pana nie zrezygnował może nie trafiłby pan za granicę.

- Mogłem zostać w Polsce, miałem kilka propozycji, ale zdecydowałem, że jestem już w tym wieku, że warto spróbować czegoś nowego. To był strzał w dziesiątkę: trafiłem do dobrej ligi, gram regularnie. Nie mogłem lepiej trafić. Po mistrzostwach świata Niemców opanowało absolutne futbolowe szaleństwo. Tutaj wszyscy żyją nim 24 godziny na dobę i nie ma w tym przesady. Mam swoje marzenia związane z Bayernem, Eintrachtem i 2. Bundesligą.

Polska kolonia w 2. Bundeslidze ostatnio się powiększyła.

- To świadczy o tym, że Polacy nie grają tu chały. 2. Bundesliga nie jest słaba, gra wielu reprezentantów. Ostatnio Red Bull Lipsk kupił z Malmoe Emila Forsberga za 3,7 mln euro. W Polsce takich pieniędzy nie wydaje nikt. Legia, Lech i Śląsk dałyby sobie tutaj radę i walczyłyby o czołowe pozycje, ale pozostałe kluby są na wyższym poziomie. Ostatnio do Kaiserslautern trafił Mateusz Klich, do St. Pauli wypożyczony został Waldek Sobota. Jestem z nim w regularnym kontakcie, rozmawiamy co dwa-trzy dni. Z Piotrkiem Ćwielongiem z VfL Bochum oraz Kacprem Przybyłko z Greuther Fürth także się kontaktujemy. Mamy taki zwyczaj, że po meczu wymieniamy się koszulkami.

Robertem Lewandowskim też wymieni się pan na koszulki?

- Na pewno nie będę biegał za nim, jak pies z wywalonym jęzorem, bo to wyglądałoby śmiesznie. Chociaż nie ukrywam, że fajnie byłoby mieć taką koszulkę w swojej kolekcji. Ale kto wie, może zagram tak dobre spotkanie, że znajdą się chętni na moją koszulkę?

 
Pana kariera przypomina rollercoaster - jest pełna wzlotów i upadków.

- Nie zapędzałbym się z tą karierą. Karierę to robią Robert Lewandowski czy Artur Boruc. Ja swoją nazwałbym "małą karierą". Dość późno trafiłem za granicę, do poważnej ligi, bo dopiero jako 27-latek. Wcześniej różnie to się układało, ale nie rozpamiętuję przeszłości. Kiedy trafiłem do Eintrachtu, moim celem od razu było wywalczenie miejsca w składzie. Udało się. Trener postawił na mnie, mimo że miałem problemy z komunikacją, bo po niemiecku znałem raptem kilkanaście słów. Chyba nie zawiodłem, bo w tym sezonie zagrałem we wszystkich meczach. Zostałem wybrany do trójki najlepszych bramkarzy pierwszej części sezonu. Cały zespół miał udaną rundę, dzięki której wciąż liczymy się w walce o awans do Bundesligi.

Ma pan żal do Śląska?

- Trochę na pewno. Najpierw była afera z Patrikiem Mrazem, pretensje, że stanąłem w obronie brata. Mówili, że jestem konfidentem. Nie chcę już do tego wracać, bo napisano o tym bardzo wiele, choć nie zawsze prawdę. Podobnie było z moim rzekomym konfliktem z Sebastianem Milą. Prawda jest taka, że z Sebastianem cały czas mam kontakt. Chciałem, żeby moje rozstanie ze Śląskiem wyglądało inaczej. Przyjechałem na pierwszy trening w nowym roku i dostałem pismo z informacją o odsunięciu od pierwszego zespołu. Nikt nie powiedział dlaczego. Z trenerem Pawłowskim rozmawiałem dopiero po rozwiązaniu kontraktu. Nie mam do niego o to pretensji, bo wiem, że pewne decyzje zapadają na wyższym szczeblu. Śledzę mecze Śląska i o trenerze Pawłowskim mogę mówić tylko dobrze, bo wykonuje świetną robotę, co widać po wynikach.

We Wrocławiu nie zostawiłem po sobie spalonej ziemi. Byłem na kilku meczach. Z prezesem Żelemem i Drabczykiem podaliśmy sobie rękę. Nie mam do nikogo pretensji.

 
 
 
 
Źródlo: sport.pl

Kategorie: